Timothy Bartik
421,350 views • 15:45

Chciałbym przedstawić państwu inny powód, dla którego inwestycja we wczesną edukację to sensowne przedsięwzięcie publiczne. Jest on inny, ponieważ zwykle, mówiąc o programach wczesnej edukacji, mówi się też o wspaniałych korzyściach dla ich uczestników, że osoby, które korzystały z edukacji przedszkolnej, mają lepsze wyniki egzaminów, a także lepiej zarabiają w dorosłym życiu. To wszystko jest bardzo ważne, ale dziś chcę się zająć wpływem edukacji przedszkolnej na gospodarkę stanową i promowanie rozwoju gospodarczego kraju.

Są to kluczowe zagadnienia, bo chcąc zwiększyć inwestycje przekazywane na programy wczesnej edukacji, musimy zainteresować nimi władze stanowe. Rząd federalny i tak ma dużo na głowie, więc to władze stanowe będą musiały podjąć działania. Musimy więc do nich trafić, do ustawodawców stanowych, i nawiązać do czegoś, co rozumieją: potrzeby promowania rozwoju gospodarczego ich stanów. Mówiąc "promowanie rozwoju gospodarczego", nie mam na myśli czarów. Chodzi mi tylko o to, że wczesna edukacja może zapewnić więcej miejsc pracy i lepsze miejsca pracy, tym samym wspierając wyższy indywidualny zarobek mieszkańców stanu.

Można powiedzieć, że gdy ktoś myśli o lokalnym rozwoju gospodarczym, nie kojarzy go najpierw z tym, co robi się w ramach programów wczesnej edukacji przedszkolnej. Znam się na tym, spędziłem większość swej kariery badając te programy. Rozmawiałem z wieloma prezesami agencji rozwoju gospodarek stanowych, a także z wieloma ustawodawcami. Gdy ustawodawcy i inni ludzie myślą o rozwoju gospodarczym, pierwsze, z czym go kojarzą, to bodźce podatkowe dla firm, obniżki podatków od nieruchomości i ulgi za tworzenie miejsc pracy. Takich programów są miliony. Na przykład stany ostro rywalizują ze sobą o nowe fabryki samochodów lub rozbudowę starych. Rozdają najróżniejsze ulgi podatkowe. Te działania mają sens, jeśli faktycznie mają wpływ na wybór nowych lokalizacji, a mają sens dlatego, że tworzą więcej lepszych miejsc pracy, podnoszą wskaźnik zatrudnienia i indywidualne zarobki mieszkańców stanu. Ci mieszkańcy odnoszą więc korzyści w zamian za płacenie za wszystkie te ulgi podatkowe.

Moim zdaniem programy wczesnej edukacji mogą zrobić dokładnie to samo: stworzyć nowe i lepsze miejsca pracy, ale w inny sposób. Pośredni sposób. Mogą wspierać tworzenie miejsc pracy przez inwestowanie w dobrej jakości edukację przedszkolną, która rozwija umiejętności przyszłych pracowników i jeśli wystarczająco dużo z nich nie wyprowadzi się, ta lokalna, wykwalifikowana siła robocza stanie się motorem tworzenia miejsc pracy i większych indywidualnych zarobków lokalnej społeczności.

Pozwólcie mi odwołać się do kilku liczb. Jeśli spojrzymy na dowód w postaci danych dotyczących tego, w jakim stopniu programy wczesnej edukacji wpływają na wyniki w nauce, zarobki i umiejętności osób, które otrzymały wczesną edukację w przedszkolu, a następnie, znając te efekty, sprawdzimy, ile z tych osób nie wyprowadzi się ze stanu i będzie tworzyć jego gospodarkę i przebadamy, w jakim stopniu umiejętności napędzają tworzenie miejsc pracy, stwierdzimy, bazując na tych 3 odrębnych badaniach, że na każdego dolara zainwestowanego w programy wczesnej edukacji średnie zarobki mieszkańców stanu wzrosną o 2 dolary i 78 centów na głowę, a więc niemal trzykrotnie. Zwróci się jeszcze więcej, nawet 16 do 1, gdy wliczymy wydatki na zwalczanie przestępczości i wydatki na osoby, które po otrzymaniu przedszkolnej edukacji opuszczą stan. Skupmy się jednak na tych 3 dolarach, bo to jest najistotniejsze dla stanowych ustawodawców i polityków, a to władze stanowe będą musiały zadziałać. Istnieje więc korzyść dla rozwoju gospodarczego, istotna dla stanowych ustawodawców.

Jednym z zastrzeżeń, które często słychać, lub nie, bo ludzie są zbyt uprzejmi, by tak mówić, jest: dlaczego mam płacić wyższe podatki, by inwestować w edukację cudzych dzieci? Co będę z tego miał? Problem polega na tym, że ludzie nie rozumieją, jak bardzo lokalna gospodarka opiera się na współzależności jej uczestników. W tym konkretnym przypadku współzależność polega na efektach ubocznych umiejętności: kiedy cudze dzieci nabywają nowe umiejętności, wpływa to na dobrobyt całej społeczności, włącznie z osobami, których umiejętności się nie zmieniają. Na przykład, liczne badania wykazały, że tym, co tak naprawdę napędza wskaźnik wzrostu w miastach, nie są niskie podatki, koszty i zarobki. Są to umiejętności. Ich wyznacznikiem jest odsetek absolwentów szkół wyższych w rejonie. Weźmy na przykład obszary miejskie, takie jak Boston i okolice, Minneapolis-St. Paul, Dolina Krzemowa... Nie wypadają dobrze gospodarczo, dlatego że są tanie. Kto próbował kupić dom w Dolinie Krzemowej ten wie, że nie jest to tania inwestycja. Te regiony rozwijają się, bo mają ludzi z umiejętnościami. Inwestując w cudze dzieci i pozwalając im zdobyć umiejętności, zwiększamy liczbę miejsc pracy na obszarze miejskim. Inny przykład: jeśli spojrzymy na to, co wpływa na nasze indywidualne zarobki i przeanalizujemy statystyki, okaże się, że te zarobki zależą częściowo od wykształcenia, na przykład od tego, czy mamy dyplom wyższej uczelni. Na dodatek jedną bardzo interesującą rzeczą jest to, że nawet jeśli uznamy skutki własnego wykształcenia za pewną stałą statystyczną, wykształcenie innych ludzi w naszym mieście także wpływa na nasze zarobki. Nawet jeśli utrzymamy własne wykształcenie na tym samym poziomie, jeśli dodamy do równania odsetek absolwentów szkół wyższych, okaże się, że ma to znamiennie dobry wpływ na nasze zarobki bez jakiejkolwiek ingerencji w nasze własne wykształcenie. Efekt ten jest tak silny, że kiedy ktoś zdobywa dyplom szkoły wyższej, skutki uboczne dla zarobków innych ludzi na obszarze miejskim są większe niż skutki bezpośrednie. Kiedy ktoś zdobywa dyplom, jego zarobki w ciągu całego życia zwiększają się o niemal 700 tysięcy dolarów. Zwiększenie liczby absolwentów szkół wyższych wpływa na wszystkich mieszkańców obszaru. Jeśli to wszystko zsumujemy, wpływ na jednostkę będzie niewielki, ale gdy wykonamy obliczenia dla wszystkich ludzi na tym obszarze, okaże się, że wzrost wszystkich zarobków w tym rejonie wyniesie prawie milion dolarów. To więcej niż bezpośrednie korzyści dla pojedynczej osoby, która zdobywa wykształcenie.

Jak to się dzieje? Jak wyjaśnić tak wielkie skutki uboczne wykształcenia? Pomyślmy o tym w ten sposób: Mogę mieć najwięcej kwalifikacji na całym świecie, ale jeśli wszyscy inni w mojej firmie nie mają ich w ogóle, mojemu pracodawcy ciężko będzie wprowadzić nowe technologie i metody produkcji. W wyniku tego pracodawca będzie mniej produktywny. Nie będzie mógł zapłacić mi zadowalajacej pensji. Nawet jeśli wszyscy w mojej firmie mają wystarczające kwalifikacje, gdy tych kwalifikacji zabraknie dostawcom mojej firmy, stanie się ona mniej konkurencyjna na krajowym i międzynarodowym rynku. A mniej konkurencyjna firma nie będzie mogła płacić mi dobrej pensji. Zwłaszcza w przemyśle nowych technologii firmy bez przerwy podkradają pomysły i pracowników innym firmom. Jest więc jasne, że wydajność firm w Dolinie Krzemowej zależy w dużej mierze nie tylko od umiejętności ich pracowników, ale też od pracowników innych firm na obszarze miejskim. Okazuje się więc, że inwestując w cudze dzieci w przedszkolu i poprzez inne wysokiej jakości programy wczesnej edukacji nie tylko pomagamy tym dzieciom, pomagamy też wszystkim na danym obszarze zdobyć lepszą pensję i tworzymy więcej miejsc pracy w tym rejonie.

Innym argumentem przeciw inwestycjom w programy wczesnej edukacji jest obawa, że ludzie się wyprowadzą. Być może władze Ohio chcą zainwestować w edukację przedszkolną dzieci z Columbus w Ohio, ale boją się, że porzucą one drużynę Buckeyes Uniwersytetu Ohio na rzecz drużyny Wolverines Uniwersytetu Michigan w Ann Arbor. Z kolei władze Michigan będą myślały o inwestowaniu w edukację przedszkolną w Ann Arbor, martwiąc się, że Wolverines wyprowadzą się do Ohio i zostaną Buckeyes. I tak oba stany nie zainwestują, myśląc, że wszyscy się powyprowadzają. Jednak jeśli sprawdzimy dane okaże się, że Amerykanie nie są aż tak mobilni. Ponad 60% Amerykanów spędza większość kariery zawodowej w stanie, w którym się urodzili. Ta liczba jest mniej więcej taka sama we wszystkich stanach. Nie zmienia się ona w zależności od gospodarki stanowej, czy przechodzi ona kryzys czy kwitnie, liczba ta nie zmienia się też zbytnio na przestrzeni czasu. Jeśli więc zainwestujemy w dzieci, nie wyprowadzą się. A przynajmniej zostanie ich tyle, że będzie to opłacalne dla gospodarki stanu.

Podsumowując, jest wiele danych wskazujących na to, że programy wczesnej edukacji, jeśli są dobrej jakości, zaowocują wysokimi kwalifikacjami w dorosłym życiu. Wiele danych naukowych dowodzi, że te dzieci będą później, jako dorośli, uczestniczyć w gospodarce stanowej oraz że większa liczba pracowników lokalnej gospodarki o wyższych kwalifikacjach zapewni wyższe zarobki i nowe miejsca pracy. Jeśli spojrzymy na liczby, na każdego zainwestowanego dolara przypadną trzy dolary zysku dla stanowej gospodarki. Uważam, że te dane są przekonujące, tak samo jak to rozumowanie. Co stoi na drodze wprowadzeniu tej idei w życie?

Oczywistą przeszkodą są koszty. Gdy policzymy, jakie koszty wiązałyby się z inwestycją każdego stanu w powszechną, pełną edukację czterolatków, całkowity koszt krajowy wyniesie około 30 miliardów dolarów. To mnóstwo pieniędzy. Z drugiej strony, biorąc pod uwagę, że w Ameryce żyje ponad 300 milionów ludzi, mówimy o sumie około 100 dolarów na osobę. 100 dolarów na głowę, na osobę, to kwota, na którą mogą sobie pozwolić każde władze stanowe. Chodzi tylko o wolę polityczną. Oczywiście, jak już wspomniałem, z takim wydatkiem wiążą się również korzyści. Zysk można wyliczyć mnożąc koszty razy 3, 2,78 w przypadku gospodarek stanowych, co daje ponad 80 miliardów dodatkowych dochodów. Jeśli chcemy przeliczyć te miliardowe kwoty na czynnik, który powie nam coś więcej, zobaczymy, że dla przeciętnej osoby o niskich dochodach zwiększy to zarobki o około 10% w czasie całej kariery zawodowej, tylko dzięki edukacji przedszkolnej, bez polepszania wyników egzaminów ani ingerencji w czesne na uczelniach czy przyjęcia na studia, tylko bezpośrednie zmiany w przedszkolach. Pozwoliłoby to zwiększyć zarobki osób z klasy średniej o 5%. Taka inwestycja jest opłacalna dla ludzi o różnych dochodach i przynosi duże, konkretne zyski.

To była jedna przeszkoda. Moim zdaniem ważniejszą przeszkodą jest długoterminowa natura korzyści, jakie przynoszą takie programy. Mówię o polepszeniu jakości lokalnej siły roboczej, przyczyniającym się do rozwoju gospodarczego. Rzecz jasna, edukacja dla czterolatków nie oznacza, że będziemy wysyłać pięciolatki do pracy w ośrodkach wyzysku. Przynajmniej mam taką nadzieję. Mówimy o inwestycji, której wpływ na gospodarkę stanową nie uwidoczni się w ciągu 15 czy 20 lat, a Amerykanie znani są z tego, że chcą widzieć efekty natychmiast. Można na to odpowiedzieć, i często tak robiłem na moich wykładach, że inwestycja w takie programy umożliwi zmniejszenie wydatków na edukację specjalną i kursy wyrównawcze, albo że rodzice, szukając dobrego przedszkola, będą skłonni się przeprowadzać, co zapewni nam migrację. Te argumenty są prawdziwe, ale nie o to chodzi.

Inwestujemy w naszą przyszłość już teraz. Chcę, abyście wychodząc stąd, zadali sobie najważniejsze pytanie. Jestem ekonomistą, ale to pytanie nie dotyczy ekonomii, tylko moralności: czy my, Amerykanie, jako społeczeństwo, jesteśmy w stanie podjąć polityczną decyzję, by poświęcić się i płacić teraz wyższe podatki, by zapewnić lepszą przyszłość nie tylko naszym dzieciom, ale całej społeczności? Czy wciąż nas na to stać? To pytanie, na które każdy obywatel i wyborca powinien sobie odpowiedzieć. Czy jesteśmy gotowi w to zainwestować? Czy nadal wierzymy w ideę inwestycji, bo na tym ona przecież polega? Poświęcamy się teraz, by zyskać później.

Myślę, że dane zebrane na temat korzyści z programów wczesnej edukacji dla gospodarki stanowej są bardzo przekonujące. A jednak, moralny i polityczny wybór należy do nas, do obywateli i wyborców.

Dziękuję bardzo. (Brawa)