Margaret Heffernan
1,860,410 views • 14:38

W północno-zachodnim zakątku USA, zaraz przy granicy z Kanadą, znajduje się miasteczko Libby w stanie Montana. Otaczają je sosny i jeziora oraz niesamowita dzika przyroda i ogromne drzewa pnące się aż do nieba. Właśnie tam jest miasteczko zwane Libby, które odwiedziłam. To dość odosobnione miejsce.

Mieszka tam niesamowita kobieta o imieniu Gayla Benefield. Zawsze czuła się trochę jak outsider, mimo że spędziła tam prawie całe życie. Jest z pochodzenia Rosjanką. Powiedziała mi, że w szkole jako jedyna dziewczynka chodziła na zajęcia z rysunku mechanicznego.

Później jej praca polegała na chodzeniu po domach i odczytywaniu liczników gazu, energii elektrycznej. Pracowała koło południa. Zaintrygowało ją, że w środku dnia zastawała w domach wielu mężczyzn, w średnim wieku i starszych. Wielu z nich korzystało z butli tlenowych. Wydało jej się to dziwne. Kilka lat później jej ojciec zmarł w wieku 59 lat, pięć dni przed emeryturą. Był górnikiem. Stwierdziła, że pewnie wykończyła go praca.

Ale kilka lat później zmarła jej matka i wydało jej się to jeszcze dziwniejsze, bo jej matka pochodziła z długiej linii ludzi, którzy wydawali się żyć wiecznie. Wujek Gayli żyje do dzisiaj i uczy się walca. Tak wczesna śmierć matki Gayli nie miała sensu. Była to anomalia, a Gaylę intrygowały anomalie. Wtedy przypomniała sobie także o innych. Na przykład o tym, że kiedy jej matka złamała nogę i poszła do szpitala, zrobiono jej dużo zdjęć rentgenowskich, z czego dwa zdjęcia nogi, co miało sens, ale sześć klatki piersiowej, co nie miało sensu.

Zastanawiała się nad każdym elementem swojego życia i życia swoich rodziców, starając się zrozumieć, co to oznaczało.

Myślała o swoim mieście. W mieście znajdowała się kopalnia wermikulitu. Wermikulit wykorzystywano do środków użyźniających glebę, aby rośliny rosły szybciej i lepiej. Wykorzystywano go także do izolowania poddaszy. Duże ilości umieszczano pod dachem, aby przygotować domy na długie zimy w Montanie. Wermikulit był też na placu zabaw. Na boisku. Na lodowisku. Zanim zaczęła zajmować się tym problemem, nie wiedziała, że wermikulit to mocno toksyczna odmiana azbestu.

Kiedy rozwiązała zagadkę, zaczęła opowiadać, komu tylko mogła o tym, co zrobiono jej rodzicom i ludziom z butlami tlenowymi, którzy spędzali popołudnia w domach. Czekało ją zaskoczenie. Sądziła, że gdy wieść się rozejdzie, ludzie zaczną działać, ale właściwie nikt nie chciał wiedzieć. Opowiadając cały czas tę historię, stała się tak nieznośna dla sąsiadów, przyjaciół i znajomych, że w końcu część z nich stworzyła naklejki na zderzaki, które z dumą przykleili na samochody: "Tak, jestem z Libby w stanie Montana i nie, nie choruję na pylicę azbestową".

Ale Gayla nie przestała. Nadal prowadziła poszukiwania. Narodziny Internetu na pewno pomogły. Rozmawiała, z kim tylko mogła. Walczyła, aż wreszcie jej się powiodło, gdy przez miasto przejeżdżał naukowiec, badający historię okolicznych kopalni. Oczywiście na początku, jak każdy, nie uwierzył jej. Ale po powrocie do Seattle przeprowadził własne badania i zrozumiał, że miała rację.

Teraz miała sprzymierzeńca. Jednak ludzie nadal nie chcieli wiedzieć. Mówili na przykład: "Gdyby to było naprawdę groźne, ktoś by nam powiedział". "Gdyby to dlatego wszyscy umierali, lekarze powiedzieliby nam o tym". Mężczyźni nawykli do ciężkiej pracy mówili: "Nie chcę być ofiarą. Nie jestem ofiarą i poza tym w każdym przemyśle zdarzają się wypadki".

Gayla się nie poddała i w końcu odniosła sukces. Do miasta przyjechała agencja federalna i przebadała mieszkańców, 15 tys. ludzi, i odkryli, że współczynnik śmiertelności jest 80 razy wyższy niż w reszcie USA. To było w 2002 r. i nawet wówczas nikt nie próbował powiedzieć: "Gayla, plac zabaw twoich wnuków jest pokryty wermikulitem".

To nie była ignorancja. To było celowe niedostrzeganie. Celowe niedostrzeganie to pojęcie prawne, mówiące, że jeśli istnieją informacje, o których można i powinno się wiedzieć, ale jakoś udaje się je zignorować, prawo orzeka, że to działanie celowe. Zdecydowaliście, że nie chcecie wiedzieć. Obecnie często spotykamy się ze świadomym niedostrzeganiem. Widać to było w bankach, gdy tysiące ludzi sprzedało kredyty hipoteczne tysiącom innych, których nie było na nie stać. Widać to było w bankach, gdy manipulowano oprocentowaniem i wszyscy wokoło wiedzieli, co się dzieje, ale umyślnie to ignorowali. Świadome niedostrzeganie widać w kościele katolickim, gdzie przez lata ignorowano wykorzystywanie nieletnich. Świadome niedostrzeganie widać było w okresie poprzedzającym wojnę w Iraku. Skala świadomego niedostrzegania może być ogromna, albo bardzo mała, w rodzinach, w domach, w społecznościach, a szczególnie w organizacjach i instytucjach. Firmom, które badano pod względem świadomego niedostrzegania, można zadać takie pytania jak: "Czy w pracy istnieją sprawy, o których ludzie boją się mówić?". Gdy przeprowadzono takie badania w amerykańskich korporacjach, odkryto, że 85% odpowiada twierdząco. 85% wie, że istnieje problem, ale nic nie mówią. Gdy przeprowadziłam takie samo badanie w Europie, zadając takie same pytania, wynik był taki sam. 85%. To sporo milczenia. To sporo niedostrzegania. Co ciekawe, odwiedzając firmy w Szwajcarii, słyszę: "To typowo szwajcarski problem". W Niemczech: "Tak, to niemiecka choroba". A w angielskich firmach: "Tak, Brytyjczycy w tym kuleją". Prawda jest taka, że to problem ludzki. Wszyscy w pewnych sytuacjach świadomie ślepniemy.

Badania pokazują, że niektórzy nie widzą, bo się boją. Boją się odwetu. Niektórzy nie widzą, bo uważają, że dostrzeganie czegokolwiek jest daremne. Nic się nigdy nie zmieni. Jeśli będziemy protestować przeciwko wojnie w Iraku, nic się nie zmieni, więc po co sobie zawracać głowę? Lepiej w ogóle tego nie widzieć.

To, z czym ciągle się spotykam, to ludzie mówiący: "Ludzie, którzy widzą, to demaskatorzy, a wszyscy wiemy, jak kończą demaskatorzy". Istnieje pewien głęboko zakorzeniony mit, że demaskatorzy to przede wszystkim szaleńcy. Ale podróżując po świecie i rozmawiając z demaskatorami, odkryłam, że tak naprawdę to bardzo lojalni i często konserwatywni ludzie. Są bardzo oddani instytucjom, dla których pracują. Mówią głośno o problemach i nie unikają widzenia, ponieważ dbają o instytucję i chcą, by była zdrowa.

O demaskatorach mówi się też często: "To nie ma sensu, bo widzimy, jak kończą. Zostają zmiażdżeni. Nikt nie chce przez to przechodzić". A jednak, gdy rozmawiam z demaskatorami, wielokrotnie słyszę w ich głosie dumę.

Przychodzi mi na myśl Joe Darby. Wszyscy pamiętamy zdjęcia z Abu Ghurajbu, które zszokowały świat i pokazały, jaka wojna ma miejsce w Iraku. Zastanawiam się jednak, kto pamięta Joe Darby'ego, bardzo posłusznego, dobrego żołnierza, który znalazł te zdjęcia i pokazał światu. Powiedział: "Nie jestem donosicielem, ale niektóre rzeczy idą za daleko". Podobno niewiedza to błogosławieństwo, ale nie można pozwalać na takie rzeczy".

Rozmawiałam ze Stevem Bolsinem, lekarzem z Wielkiej Brytanii, który przez pięć lat walczył, aby zwrócić uwagę na niebezpiecznego chirurga, który zabijał niemowlęta. Zapytałam go, czemu to robił, i odpowiedział: "Skłoniła mnie do tego córka. Powiedziała mi raz: 'Tato, nie możesz dać tym dzieciom umrzeć".

Myślę o Cynthii Thomas, lojalnej córce i żonie wojskowego. Gdy zobaczyła przyjaciół i krewnych po powrocie z wojny w Iraku, była tak zszokowana ich stanem psychicznym i odmową uznania przez wojskowych zespołu stresu pourazowego, że założyła kafejkę w centrum garnizonu, by udzielać im pomocy prawnej, psychologicznej i medycznej. Powiedziała mi: "Wiesz, Margaret, kiedyś mówiłam, że nie wiem, kim chcę zostać, gdy dorosnę. Ale odnalazłam siebie w tej sprawie i już nigdy nie będę taka sama".

Obecnie cieszymy się wieloma ciężko zdobytymi swobodami: wolność pisania i publikowania bez obawy cenzury, czego nie było na Węgrzech podczas mojej ostatniej wizyty. Swoboda głosowania, o którą szczególnie kobiety musiały ciężko walczyć. Swobody dla ludzi o różnych narodowościach, kulturach i orientacji seksualnej do życia w wybrany sposób. Ale swoboda nie istnieje, jeżeli się z niej nie korzysta. Dlatego demaskatorzy i ludzie tacy jak Gayla Benefield korzystają ze swoich swobód. I są gotowi przyznać, że owszem, dojdzie do sporu i dojdzie do spięć z sąsiadami, znajomymi z pracy i przyjaciółmi, ale nabiorę wprawy w tym konflikcie. Stawię czoła pesymistom, bo to da mi lepsze i silniejsze argumenty. Mogę współpracować z oponentami, by stać się lepsza w tym, co robię. To ludzie o ogromnej wytrwałości, niesamowitej cierpliwości i wielkiej determinacji, aby widzieć i mówić.

W Libby w stanie Montana odwiedziłam klinikę leczenia pylicy azbestowej założoną przez Gaylę Benefield, miejsce, do którego na początku ludzie szukający pomocy i opieki medycznej wchodzili tylnymi drzwiami, bo nie chcieli przyznać, że miała rację. Siedziałam w restauracji i patrzyłam na ciężarówki na autostradzie, wywożące ziemię z ogrodów, by wymienić ją na nową, niezanieczyszczoną glebę.

Zabrałam ze sobą 12-letnią córkę, bo bardzo chciałam, żeby poznała Gaylę.

Spytała "Dlaczego to tak ważne?".

Odpowiedziałam: "Nie jest gwiazdą filmową, ani celebrytką, ani ekspertem i sama Gayla przyznałaby, że nie jest świętą. U Gayli ważne jest to, że jest zwykła. Jest taka, jak ty czy ja. Miała swobodę i gotowość, by z niej skorzystać".

Bardzo dziękuję.

(Brawa)