35,181,852 views • 20:19

Zacznę od tego: kilka lat temu otrzymałam telefon od osoby zajmującej się planowaniem spotkań, ponieważ zamierzałam zorganizować wystąpienie. Ta osoba zadzwoniła i powiedziała: "Zmagam się z kwestią, w jaki sposób napisać o tobie na ulotce." Pomyślałam: "W czym problem?" A ona odpowiedziała: "Cóż, widziałam, jak przemawiałaś, i zamierzam przedstawić cię jako badacza, ale obawiam się, że jeśli to zrobię, to nikt nie przyjdzie, ponieważ wszyscy pomyślą, że jesteś nudna i niewarta uwagi." (Śmiech) OK I dodała: "To, co mi się spodobało w twojej przemowie, to fakt, że jesteś gawędziarką. Sądzę więc, że nazwę cię po prostu gawędziarką." No i oczywiście, akademicka, pozbawiona poczucia bezpieczeństwa część mnie zapytała: "Jak mnie nazwiesz?" A ona odpowiedziała: "Nazwę cię gawędziarką." Więc ja na to: "A może wróżką?" (Śmiech) Zdezorientowana, odpowiedziałam: "Pozwól mi o tym przez chwilę pomyśleć." Spróbowałam odwołać się stanowczo do mojej odwagi i pomyślałam: "Jestem gawędziarką." Jestem naukowcem zajmującym się badaniami jakościowymi. Zbieram historie – to właśnie robię. I może historie są po prostu informacjami, które posiadają duszę. I może jestem po prostu gawędziarką. Więc odpowiedziałam: "Wiesz co? Nazwij mnie po prostu naukowcem-gawędziarką." A ona na to: "Haha. Takie coś nie istnieje." (Śmiech) No więc jestem naukowcem-gawędziarką, i zamierzam wam dziś opowiedzieć – mówimy o rozszerzaniu percepcji – chcę wam opowiedzieć niektóre z historii dotyczących wycinka moich badań, które zasadniczo poszerzyły moją percepcję i rzeczywiście zmieniły sposób, w jaki żyję, kocham, pracuję i wychowuję dzieci.

I tu się zaczyna moja historia. Kiedy byłam młodym naukowcem, doktorantem, na pierwszym roku miałam profesora, który powiedział nam: "Oto, w czym rzecz: jeśli czegoś nie można zmierzyć, to znaczy, że to nie istnieje." Pomyślałam, że zwyczajnie się przymila. Zapytałam: "Naprawdę?", a on odpowiedział: "Bezwzględnie!" Zatem musicie zrozumieć, że uzyskałam licencjat i magisterium na studiach związanych z opieką społeczną, i że wtedy zdobywałam doktorat na tym samym kierunku, zatem cała moja akademicka kariera kręciła się wokół ludzi, którzy wyznawali taki pogląd: życie to bałagan – pokochaj go! A ja jestem raczej typem: życie to bałagan – posprzątaj go, uporządkuj i włóż w bento box [konwencjonalny japoński pojemnik na posiłek, który tradycyjnie wykonuje się bardzo starannie jako oryginalny przedmiot osobistego użytku]. (Śmiech) A przekonawszy się, że już znalazłam swoją drogę, rozpoczynam porywającą karierę – tak naprawdę w pracy socjalnej jednym z najważniejszych jest powiedzenie: wychodź w pracy poza sferę komfortu. A ja lubię stuknąć dyskomfort w głowę, odsunąć go na bok i zgarnąć same najlepsze oceny. To była moja mantra. Więc byłam tym bardzo podekscytowana. I pomyślałam: wiesz, to jest kariera dla mnie, ponieważ mnie interesują takie skomplikowane tematy. Alę chcę móc uczynić je nieskomplikowanymi. Chcę je zrozumieć. Chcę się wgryźć w te rzeczy. Wiem, jak są ważne, dlatego chcę je rozpracować, aby każdy mógł zobaczyć, jak są skonstruowane.

Więc zaczęłam od związków. Ponieważ w momencie, w którym będziesz mieć przepracowane 10 lat w opiece społecznej, uświadomisz sobie, że związki są powodem, dla których tu jesteśmy. To właśnie one nadają cel i znaczenie naszemu życiu. O to właśnie chodzi. Nie ważne, czy rozmawiasz z ludźmi, którzy pracują w wydziale sprawiedliwości społecznej i zdrowia psychicznego, przy sprawach dotyczących nadużyć i zaniedbań, my wiemy, że związki, umiejętność odczuwania bycia połączonym – jesteśmy tak "okablowani" neurologicznie – jest powodem, dla którego tu jesteśmy. Więc pomyślałam, wiesz, zacznę od związków. Znacie tą sytuację, kiedy dostajecie ocenę od szefowej – wymienia ona 37 punktów, w których jesteście niesamowici i jeden, który być może jest okazją do rozwoju. (Śmiech) I jedyne, o czym jesteście w stanie myśleć, to ta okazja do rozwoju. Najwyraźniej moja praca również poszła w tym kierunku, ponieważ kiedy zapytacie ludzi o miłość, opowiadają wam o zawodzie miłosnym. Kiedy pytacie ludzi o poczucie przynależności, opwiadają o najpotworniejszych doświadczeniach bycia wykluczonymi. A kiedy pytacie o związki – historie, które mi opowiedziano, dotyczyły rozdzielenia.

Zatem bardzo szybko – po sześciu tygodniach tych badań – natknęłam się na tę nienazwaną rzecz, to zupełnie nieujawnione połączenie, w sposób, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Więc wycofałam się z badań i pomyślałam, że muszę zrozumieć, czym to coś jest. Okazało się, że jest to wstyd. Wstyd można pojąć najprościej jako strach przed oddzieleniem. Czy istnieje taka rzecz, która sprawi – jeśli ludzie się o niej dowiedzą – że nie będę wart posiadania żadnego kontaktu. Mogę wam powiedzieć na ten temat, że jest to uniwersalne – wszyscy to mamy. Jedyni ludzie, którzy nie doświadczają wstydu, to ci, którzy nie posiadają zdolności do empatii czy tworzenia kontaktów. Nikt nie chce o tym rozmawiać, a im mniej o tym rozmawiasz, tym więcej tego masz. To, co wspierało ten wstyd, to przekonanie: "Nie jestem wystarczająco dobry" – wszyscy je dobrze znamy – "Nie jestem kryształowy. Nie jestem wystarczająco szczupły, bogaty, piękny, mądry, nie otrzymałem wystarczająco wysokiego awansu." Ideą, która to wspierała, była nieznośna wrażliwość, przekonanie, że aby mógł powstać kontakt musimy pozwolić sobie samym, aby być widzianymi, widzianymi takimi, jakimi naprawdę jesteśmy.

A wiecie, co czuję w kwestii wrażliwości. Nie znoszę jej. Więc pomyślałam: to jest moja szansa, aby odeprzeć to moim kijkiem do mierzenia. Wejdę w to, dowiem się, o co w tym wszystkim chodzi, poświęcę na to rok, rozbiorę wstyd na części, zrozumiem, jak działa wrażliwość i przechytrzę ją. Byłam gotowa i podekscytowana. Ale jak już wiecie, nie wypadnę dobrze. (Śmiech) Już to wiecie. Mogłabym wam zatem powiedzieć wiele na temat wstydu, ale musiałabym wykorzystać na to czas pozostałych mówców. Powiem wam jednak, do czego to wszystko się sprowadza – i to może być jedna z najważniejszych rzeczy, których się kiedykolwiek nauczyłam w ciągu dekady pracy nad tymi badaniami. Jeden rok zamienił się w sześć lat, tysiące historii, setki długich wywiadów, dyskusje grupowe [metoda badawcza wykorzystywana w badaniach jakościowych w naukach społecznych]. W pewnym momencie ludzie przysyłali mi strony z pamiętników i swoje historie – tysiące danych w przeciągu sześciu lat. I ja jakoś sobie z tym poradziłam.

W pewnym sensie zrozumiałam, czym jest wstyd, jak działa. Napisałam książkę, opublikowałam teorię, ale coś było nie tak; chodziło o to, że jeśli wzięłabym z grubsza ludzi, z którymi przeprowadziłam wywiady, i podzieliła na tych, którzy naprawdę posiadają poczucie wartości – bowiem do tego się to sprowadza – poczucia wartości – ludzie ci posiadają właściwe zrozumienie miłości i silne poczucie przynależności – oraz na tych, którzy się z tym zmagają i którzy zawsze zastanawiają się, czy są wystarczająco dobrzy. Była tylko jedna zmienna, która oddzielała ludzi z silnym zmysłem miłości i poczuciem przynależności od ludzi, którzy się z tym borykają. Tą zmienną był fakt, że ludzie posiadający silne poczucie miłości i przynależności wierzą, że są warci miłości i przynależności. To wszystko. Wierzą, że są tego warci. Problem stanowił dla mnie fakt, że istnieje coś, co trzyma nas z dala od kontaktów – jest to nasz strach, że nie jesteśmy warci żadnych kontaktów; było to coś, co potrzebowałam zrozumieć lepiej, osobiście i zawodowo. Oto, co zrobiłam – zebrałam wszystkie te wywiady, w których badani ukazywali swoje wysokie poczucie wartości i spojrzałam na nie.

Co ci ludzie mają ze sobą wspólnego? Cierpię na niegroźny nałóg związany przedmiotami biurowymi, ale to temat na inną rozmowę. No więc miałam papier do pakowania i marker, i zastanawiałam się, jak nazwę te badania. I pierwszym określeniem, które przyszło mi do głowy było: osoby o pełnym sercu. Istnieją ludzie o pełnym sercu, czerpiący z tego głębokiego poczucia wartości. Zapisałam to więc na górze teczki i zaczęłam przeglądać dane. Ogarnęłam to w ciągu czterech dni bardzo intensywnych analiz zebranych danych, gdzie musiałam się cofnąć, wygrzebać potrzebne wywiady, wyciągnąć konkretne historie i przypadki. Jaki jest motyw przewodni? Jaki jest wzór? Mój mąż wyjechał z dziećmi z miasta, ponieważ zawsze wpadam w szał pisania, kiedy przełączam się na tryb badawczy. A oto, co odkryłam. Wspólnym mianownikiem była odwaga. I chcę tutaj na moment oddzielić odwagę i śmiałość. Pierwotne znaczenie słowa odwaga – kiedy pojawiło się ono po raz pierwszy w języku angielskim – wywodzi się z łacińskiego "cor" oznaczającego serce i jego sens był następujący: opowiedzieć historię o tym, kim się jest naprawdę, całym sercem. Zatem ci ludzie mieli zwyczajnie odwagę, aby być niedoskonałymi. Mieli współczucie przede wszystkim w stosunku do samych siebie, a następnie dla innych, ponieważ, jak się okazało, nie możemy zastosować współczucia w stosunku do innych ludzi, jeśli nie potrafimy traktować dobrze samych siebie. I ostatnia rzecz – mieli związek i – to była ta trudna część – jako wynik bycia prawdziwymi; byli w stanie odpuścić to, kim, jak sądzili, powinni być, aby być tym, kim byli – i to jest to, co koniecznie trzeba zrobić w celu uzyskania związku.

Inną wspólną rzeczą było to. Całkowicie zaakceptowali wrażliwość. Wierzyli, że to, co czyniło ich wrażliwymi, czyniło ich pięknymi. Nie nazywali wrażliwości czymś komfortowym ani czymś rozdzierającym – jak to miało miejsce w przypadku wywiadów dotyczących wstydu. Określali ją po prostu jako coś niezbędnego. Mówili o gotowości do powiedzenia "Kocham cię" jako pierwsi, o gotowości do działania, kiedy nie ma żadnych gwarancji, o gotowości, aby oddychać, czekając na telefon od lekarza po zrobionej mammografii. Byli skłonni inwestować w związek, które mogą, ale nie muszą się udać. Sądzili, że to było podstawą.

Ja osobiście uważałam to za zdradę. Nie mogłam uwierzyć, że złożyłam przysiegę wierności badaniom naukowym – definicja badań naukowych określa, że ich celem jest kontrolowanie i przewidywanie, obserwowanie zjawisk dla oczywistych powodów – aby być w stanie kontrolować i przewidywać. I teraz moja misja, aby kontrolować i przewidywać, przyniosła odpowiedź, że aby żyć we właściwy sposób, trzeba połączyć się ze swoją wrażliwością i zaprzestać kontroli i przewidywania. To odkrycie doprowadziło do małego załamania – (śmiech) – które właściwie wyglądało bardziej tak. (Śmiech) Do tego to właśnie doprowadziło. Ja nazwałam to załamaniem, moja terapeutka określa to duchowym przebudzeniem. Duchowe przebudzenie brzmi lepiej niż załamanie, ale zapewniam was, że to było załamanie. Musiałam odłożyć na bok wyniki swoich badań i poszukać psychoterapeuty. Pozwólcie, że coś wam powiem: wiecie, w jakim stanie jesteście, kiedy dzwonicie do swoich przyjaciół i mówicie: "Myślę, że potrzebuję pomocy. Możesz mi kogoś polecić?" Około pięcioro moich przyjaciół zareagowało tak: "Uuuu, nie chciałbym być twoim terapeutą." (Śmiech) Ja na to: "A co to niby ma znaczyć?" A oni: "No wiesz, ja tylko tak mówię. Ale nie przynoś ze sobą swojego kijka do mierzenia." A ja odpowiadałam: "OK".

Więc znalazłam terapeutkę. Na pierwsze spotkanie z nią – ma na imię Diana – przyniosłam swoją listę przedstawiającą charakterystykę życia ludzi o pełnych sercach i usiadłam. Ona zapytała: "Jak się masz?" Ja odpowiedziałam: "Świetnie. Dobrze." Ona: "Co się dzieje?" A to jest terapeutka, która odwiedza terapeutów, ponieważ musimy chodzić do tych, u których poziom wygadywanych bzdur jest akceptowalny. (Śmiech) No więc powiedziałam: "Oto, w czym rzecz. Zmagam się." A ona: "Z czym?" Ja: "No cóż, mam problem z wrażliwością. A ja wiem, że wrażliwość jest jądrem wstydu i strachu i naszych walk o zyskanie poczucia wartości, ale zdaje się, że jest ona także miejscem narodzin radości, kreatywności, poczucia przynależności, miłości. I wydaje mi się, że mam problem i potrzebuję pomocy." I dodałam: "Ale uprzedzam, żadnych spraw rodzinnych, żadnych bredni na temat dzieciństwa." (Śmiech) "Potrzebuję po prostu kilku strategii." (Śmiech) (Oklaski) Dziękuję. Jej reakcja była taka. (Śmiech) Zapytałam: "Jest źle, prawda?" A ona odpowiedziała: "Nie jest ani źle, ani dobrze." (Śmiech) "To po prostu jest tym, czym jest." A ja na to: "O, mój Boże, to będzie okropne."

(Śmiech)

Było i nie było. Zabrało to około roku. I wiecie, są ludzie którzy – kiedy uświadomią sobie, że wrażliwość i czułość są ważne – poddają się i wchodzą w to. A: ja taka nie jestem, i B: ja się nawet nie zadaję z takimi ludźmi. (Śmiech) Dla mnie była to trwająca rok walka uliczna. To była walka na gołe pięści. Wrażliwość naciskała, ja odpierałam. Przegrałam walkę, ale prawdopodobnie odzyskałam swoje życie.

Następnie wróciłam do swoich badań i kilka kolejnych lat spędziłam próbując naprawdę zrozumieć ludzi o pełnym sercu, wybory, jakich dokonywali, i to, co my robimy z wrażliwością. Dlaczego tak bardzo się z nią zmagamy? Czy jestem jedyną osobą, która się z nią zmaga? Nie. I oto, czego się nauczyłam. Uśmierzamy wrażliwość – kiedy czekamy na telefon. To było zabawne, zadałam pytanie na Twitterze czy Facebooku: "Jak zdefiniowalibyście wrażliwość? Co sprawia, że czujecie się podatni na zranienie?" I w ciągu półtorej godziny otrzymałam 150 odpowiedzi. Ponieważ chciałam wiedzieć, co znajdę na zewnątrz. Proszenie o pomoc swojego męża, ponieważ jestem chora, a jesteśmy świeżo poślubieni; inicjowanie seksu z mężem; inicjowanie seksu z żoną; spotkanie się z odmową; proponowanie spotkania; czekanie na telefon od lekarza; zwolnienie z pracy; zwalnianie ludzi – to jest świat, w którym żyjemy. Żyjemy w bezbronnym świecie. I jednym ze sposobów, aby sobie z tym poradzić, jest uśmierzanie wrażliwości.

Uważam, że istnieje na to dowód – i nie jest to jedyna przyczyna istnienia tego dowodu, ale sądzę, że jest ona ogromna – jesteśmy najbardziej zadłużoną, otyłą, uzależnioną, także od lekarstw, grupą wiekową dorosłych w historii USA. Problem w tym – a odkryłam to dzięki badaniom – że nie możemy uśmierzać emocji wybiórczo. Nie możemy powiedzieć: to tutaj to złe rzeczy. Tutaj mamy wrażliwość, tu smutek, tu wstyd, tu strach, a tutaj rozczarowanie – nie chcę tego czuć. Wypiję parę piw i zjem bananową babeczkę z orzechami. (Śmiech) Nie chcę odczuwać tych uczuć. Wiem, że to jest śmiech porozumiewawczy. Włamuję się do waszego życia, żeby zarobić na swoje. Boże. (Śmiech) Nie możecie zagłuszyć tych trudnych odczuć bez tłumienia swojego życia uczuciowego i emocji jako całości. Nie możecie tłumić wybiórczo. Zatem, kiedy uśmierzamy te przykre odczucia, tłumimy radość, tłumimy wdzięczność, tłumimy szczęście. A potem stajemy się żałośni, szukamy celu i znaczenia, potem czujemy się bezbronni i kupujemy piwo i bananowo-orzechową babeczkę. I staje się to groźnym, powtarzalnym schematem.

Jedną z rzeczy, nad którymi, jak sądzę, musimy się zastanowić, jest: dlaczego i w jaki sposób tłumimy? I niekoniecznie musi to być uzależnienie. Inna rzecz, którą robimy, to czynienie wszystkiego, co niepewne, pewnym. Religia przestała być wiarą w obietnicę i tajemnicę, stała się pewnością. Ja mam rację, ty się mylisz. Zamknij się. To wszystko. Po prostu pewność. Im bardziej przestraszeni jesteśmy, tym bardziej jesteśmy wrażliwi i tym bardziej się boimy. Oto, jak dziś wygląda polityka. Dyskusja jest już nieobecna. Nie ma rozmowy. Jest już tylko obwinianie się. Wiecie, jak opisuje się obwinianie w badaniach? Sposób, aby rozładować ból i zakłpotanie. Udoskonalamy. Jeśli istnieje ktokolwiek, kto chciałby, aby jego życie wyglądało tak, to jestem to właśnie ja, ale to nie działa. Ponieważ bierzemy tłuszcz z naszych tyłków i wkładamy go w nasze policzki. (Śmiech) I mam nadzieję, że za sto lat ludzie popatrzą wstecz i powiedzą: "Ho ho ho."

(Śmiech)

A w najgroźniejszy sposób udoskonalamy nasze dzieci. Pozwólcie, że powiem wam, co myślimy o dzieciach. Posiadają niemodyfikowalną, wbudowaną konstrukcyjnie gotowość do zmagań w chwili przyjścia na świat. A kiedy trzymamy na rękach te doskonałe, małe dzieci, naszym zadaniem nie jest mówienie: "Spójrz na nią, jest doskonała. Moim zadaniem jest sprawić, aby pozostała doskonała – upewnić się, że znajdzie się w drużynie tenisowej zanim rozpocznie piątą klasę i że dostanie się na Yale, zanim dotrze do siódmej." To nie jest nasze zadanie. Naszym zadaniem jest spojrzeć i powiedzieć: "Wiesz co? Jesteś niedosknała i wyposażona w przyrządy do podejmowania zmagań, ale jesteś warta miłości i przynależności." To jest nasze zadanie. Pokażcie mi pokolenie dzieci wychowanych w taki sposób, a sądzę, że rozwiążemy problemy, które dziś obserwujemy. Udajemy, że to, co robimy, nie ma wpływu na ludzi. Postępujemy tak w naszym życiu osobistym. Postępujemy tak zbiorowo – czy chodzi o dofinansowanie, wyciek oleju, odwołanie – udajemy, że to, co robimy wcale nie ma potężnego wpływu na innych ludzi. Firmom powiedziałabym: hej, to nie jest nasza pierwsza przejażdżka. Potrzebujemy zwyczajnie, abyście byli autentyczni i prawdziwi i abyście potrafili powiedzieć: "Przykro nam. Naprawimy to."

Ale istnieje inny sposób – i z tym was pozostawię. Oto, co odkryłam: trzeba pozwolić sobie samym być widzianym, dogłębnie widzianym jako ktoś wrażliwy; kochać całym sercem, nawet jeśli nie ma żadnych gwarancji, a to jest naprawdę trudne – mogę wam powiedzieć jako rodzic, że jest to potwornie trudne; praktykować wdzięczność i radość w tych chwilach trwogi, kiedy zastanawiamy się: "Czy mogę aż tak cię kochać? Czy mogę wierzyć w to aż tak namiętnie? Czy mogę być aż tak niezłomny w tej kwestii?" – po prostu po to, aby się zatrzymać i, zamiast dramatyzować na temat tego, co może się zdarzyć, powiedzieć: "Jestem niesamowicie wdzięczny, ponieważ bycie aż tak wrażliwym oznacza, że żyję." I ostatnia rzecz, prawdopodobnie najważniejsza, to wierzyć, że jesteśmy wystarczający. Ponieważ kiedy pracujemy z czymś na miejscu, wierzę, że to oznacza: "Jestem wystarczający"; wtedy przestajemy krzyczeć i zaczynamy słuchać, jesteśmy milsi i łagodniejsi w stosunku do ludzi, którzy nas otaczają, i jesteśmy milsi i łagodniejsi w stosunku do samych siebie.

To wszystko, co mam na dziś. Dziękuję.

(Oklaski)