Leonard Susskind
1,295,241 views • 14:41

Kiedy poproszono mnie o wygłoszenie tego wykładu, zdecydowałem, że bardzo chcę opowiedzieć o moim przyjacielu Richardzie Feynmanie. Jestem jednym ze szczęściarzy, którym udało się go poznać i cieszyć się jego towarzystwem. Opowiem wam o Richardzie Feynmanie, jakiego znałem. Pewnie niektórzy z was mogliby też o nim opowiedzieć, ale byłyby to opowieści o innym Richardzie Feynmanie.

Richard Feynman był złożoną postacią, która miała wiele, wiele aspektów. Przede wszystkim był wspaniałym naukowcem. Był aktorem. Widzieliście, jak grał. Miałem też przyjemność słuchać jego wykładów na balkonie. Były fantastyczne. Był filozofem, grał na bębnach, był wyjątkowym nauczycielem. Richard był też showmanem, wielkim showmanem. Był bezczelny, zuchwały, był prawdziwym macho, macho, który zawsze chciał zabłysnąć. Uwielbiał potyczki intelektualne. Miał gigantyczne ego. Ale jakimś cudem znajdował też sporo miejsca dla innych. Mam na myśli to, że znajdował sporo miejsca dla mnie. Nie wypowiadam się za innych... Ale w moim przypadku miał miejsce dla drugiego wielkiego ego. Nie tak wielkiego jak jego ego, ale dość sporego. Zawsze się dobrze czułem w jego towarzystwie.

Fajnie się z nim spędzało czas. Sprawiał, że czułem się mądry. Jak taki człowiek jak on sprawiał, że czułem się mądry? Jakoś to robił. Dzięki niemu czułem się mądry; czułem też, że on jest mądry. Sprawiał, że uważałem nas obu za mądrych i czułem, że możemy rozwiązać każdy problem. Czasem razem zajmowaliśmy się fizyką. Nigdy nic razem nie opublikowaliśmy, ale dobrze się bawiliśmy. Uwielbiał wygrywać, kiedy uprawiał gierki typowe dla macho. Uprawiał je w kontaktach nie tylko ze mną, ale też z wieloma różnymi ludźmi i prawie zawsze je wygrywał. Ale kiedy przegrywał, śmiał się i bawił się równie dobrze, jak gdyby je wygrywał.

Opowiedział mi kiedyś o dowcipie, jaki wykręcili mu studenci. Zabrali go, chyba w jego urodziny... zabrali go na lunch do pewnego baru z kanapkami w Pasadenie. Może to miejsce nadal istnieje, nie wiem. Były tam kanapki opatrzone nazwiskami gwiazd. Kanapka Marilyn Monroe. Kanapka Humphrey'a Bogarta. Studenci przyszli tam wcześniej i ustalili, że wszyscy zamówią kanapki Feynmana. Potem każdy z nich zamówił taką kanapkę. Feynman uwielbiał tę historię. Śmiał się, kiedy ją opowiadał, a kiedy skończył opowiadać, zapytałem: "Jaka byłaby różnica między kanapką Feynmana a Susskinda?" Bez zwłoki odpowiedział: "Byłyby podobne, ale kanapka Susskinda byłaby podawana w drewnianym pudełku", drewnianym jak kiepski aktor. (Śmiech) Tego dnia szybko reagowałem, więc powiedziałem: "Tak, ale moja kanapka byłaby za to mniej nadęta."

(Śmiech)

Prawdę mówiąc, kanapka Feynmana była w drewnianym pudełku, ale zupełnie nie była nadęta. Feynman niczego innego nie znosił tak, jak pretensjonalności, pozerstwa, sztucznego wyrafinowania i żargonu. Pamiętam jak w latach 80-tych, w połowie lat 80-tych, Sidney Coleman, Richard i ja spotkaliśmy się kilka razy w San Francisco w domu pewnego bogacza na kolacji. Na ostatnią kolację bogacz zaprosił nie tylko nas, ale też kilku filozofów, którzy zajmowali się ludzkim umysłem, specjalizowali się w filozofii świadomości. Używali żargonu. Próbuję przypomnieć sobie słowa... "Monizm," "dualizm" i tym podobne. Nie wiedzieliśmy, co one oznaczają. Żaden z nas nie rozumiał.

O czym więc rozmawialiśmy? O czym się mówi, kiedy porusza się temat umysłu? Oczywistym wyborem jest pytanie: czy maszyna może stać się umysłem? Czy można zbudować maszynę, która będzie myśleć jak człowiek, która będzie świadoma? Rozmawialiśmy o tym, ale do niczego nie doszliśmy. Problem z filozofami był taki, że filozofowali, zamiast spojrzeć na to pytanie z punktu widzenia nauki, bo to pytanie jest przecież naukowe. Filozofowaniem narazili się Feynmanowi. Feynman rozlożył ich na łopatki. Było to brutalne, ale też zabawne - naprawdę zabawne. Nie miał litości. Rozprawił się z ich nadęciem.

Ale najlepsze było to, że musiał wyjść trochę wcześniej. Nie czuł się dobrze, więc wyszedł wcześniej. Zostałem tam z Sidneyem i dwoma filozofami. Ci filozofowie byli w siódmym niebie. Byli tacy szczęśliwi. Spotkali wspaniałego człowieka, który ich czegoś nauczył. Świetnie się bawili, kiedy zrównywał ich z ziemią. To było niesamowite. Zrozumiałem wtedy, że Feynman był wyjątkowy nawet wtedy, gdy robił to, co robił.

Dick był moim przyjacielem. Nazywałem go Dick. Byliśmy sobie całkiem bliscy. Sądzę, że może nawet łączyła nas specjalna więź. Lubiliśmy się, lubiliśmy te same rzeczy. Też bawiły mnie intelektualne gierki w stylu macho. Czasem je wygrywałem, zazwyczaj wygrywał on, ale obaj świetnie się bawiliśmy. Dick w pewnym momencie doszedł do wniosku, że mamy podobne osobowości. Sądzę jednak, że nie miał racji. Jedyną naszą wspólną cechą było to, że obaj lubimy mówić o sobie. Ale on był przekonany, że jesteśmy podobni. Był też ciekawski. Bardzo ciekawski. Chciał dokładnie zrozumieć, czym była nasza nietypowa więź i skąd się wzięła.

Pewnego dnia spacerowaliśmy. Było to we Francji. Spacerowaliśmy po La Zouche. Był to rok 1976, byliśmy w górach. Wtedy to w górach Feynman zwrócił się do mnie: "Leonardo". Powiedział tak, bo byliśmy w Europie, a on ćwiczył francuski. Zapytał: "Leonardo, kiedy byłeś dzieckiem, kto był ci bardziej bliski: ojciec czy matka?" Odpowiedziałem: "Ojciec był moim bohaterem. był człowiekiem pracy, skończył pięć klas, był świetnym mechanikiem, nauczył mnie jak używać narzędzi. Nauczył mnie wielu rzeczy związanych z mechaniką. Nauczył mnie twierdzenia Pitagorasa. Nie mówił o przeciwprostokątnej, ale o drodze na skróty." Feynman wytrzeszczył oczy i uśmiechnął się szeroko. Powiedział, że praktycznie taka sama relacja łączyła jego i jego ojca. Był nawet czas, że uważał, że dla człowieka, który ma być dobrym fizykiem bardzo ważne jest, by mieć taką relację z ojcem. Przepraszam za tę seksistowskie rozmowę, ale tak właśnie wyglądała.

Dick powiedział, że jest przekonany, że konieczną rzeczą jest, by młody fizyk dorastał, mając taką relację z ojcem. Jak to on, postanowił sprawdzić swoją tezę. Postanowił przeprowadzić eksperyment. Więc go przeprowadził. Chodził i pytał. Pytał wszystkich swoich znajomych, których uważał za dobrych fizyków: "Kto wywarł większy wpływ na ciebie: tata czy mama?" Pytał samych mężczyzn i wszyscy odpowiedzieli: "Moja matka." (Śmiech) Teza została obalona. Ale Dick był bardzo podekscytowany, że wreszcie spotkał kogoś, kogo łączyła identyczna relacja z ojcem. Przez jakiś czas uważał, że to właśnie dlatego się tak dobrze rozumiemy. Nie wiem. Może? Kto wie?

Chcę jeszcze opowiedzieć kilka rzeczy o Feynmanie jako fizyku. Jego styl... Styl to złe słowo. Styl przywodzi na myśl muszkę, którą mógł zakładać albo garnitur, który ubierał. To było coś więcej, ale nie mogę znaleźć lepszego słowa. Styl naukowy Feynmana polegał zawsze na poszukiwaniu najprostszego rozwiązania danego problemu. Jeśli takiego rozwiązania nie było, to trzeba było użyć czegoś więcej. Niewątpliwie wielki wpływ na takie podejście do nauki miały przyjemność i radość, jakie czerpał z pokazywania ludziom, że potrafi myśleć prościej niż oni. Był też głęboko przekonany, że jeśli nie umie się wyjaśnić czegoś prosto to znaczy, że się tego nie rozumie. W latach 50. ludzie starali się zrozumieć, jak działa nadciekły hel.

Istniała pewna teoria na ten temat. Teoria zaproponowana przez fizyka matematycznego z Rosji, która była bardzo skomplikowana. Zaraz wam ją przedstawię. Byla to bardzo skomplikowana teoria, pełna trudnych całek i równań, matematyki itd. W sumie działała, ale nie za dobrze. Trzymała się kupy tylko wtedy, gdy atomy helu były bardzo daleko od siebie. Atomy musiały być bardzo daleko od siebie. Niestety, atomy w ciekłym helu znajdują się jeden na drugim.

Feynman zdecydował, że zajmie się tą kwestią jako amator. Miał pewien pomysł, bardzo klarowny. Postanowił ustalić, jaka jest funkcja falowa tej ogromnej liczby atomów. Postanowił określić tę funkcję w oparciu o kilka prostych zasad. Te zasady były naprawdę bardzo proste. Według pierwszej zasady atomy helu odpychają się, gdy są blisko siebie. W rezultacie funkcja falowa spada do zera i zanika, gdy atomy helu się dotykają. Innym faktem jest to, że przy najniższej energii systemu kwantowego funkcja falowa jest bardzo prosta, nie wije się.

Feynman usiadł uzbrojony tylko, jak to sobie wyobrażam, w kartkę papieru i ołówek, i zapisał najprostszą funkcję, jaka mu przyszła do głowy i jaka spełniała odpowiednie warunki, żeby funkcja falowa zniknęła przy kontakcie atomów, ale była gładka pomiędzy nimi. Zapisał coś bardzo prostego. Tak prostego, że, jak myślę, nawet bystry licealista który nie miał zajęć algebry, zrozumiałby, co Feynman napisał. Ale ta prosta rzecz, którą zapisał wyjaśniała wszystko, co wiedzieliśmy o płynnym helu, a nawet trochę więcej.

Zawsze się zastanawiałem, czy specjaliści od helu, fizycy zajmujący się na poważnie helem czuli się choć trochę zakłopotani wyczynem Feynmana. Mieli swoją zaawansowaną technikę, a jednak nie doszli do tego, co on. Powiem wam, czym była ta zaawansowana technika. Była to technika diagramów Feynmana.

(Śmiech)

W 1968 roku zrobił to samo na moim własnym uniwersytecie. Jeszcze tam nie pracowałem, ale trwały tam wówczas badania nad strukturą protonu. Proton jest zbudowany z mnóstwa małych cząstek. Tyle było wtedy wiadomo. Cząstki te analizowano przy pomocy diagramów Feynmana. Do tego zresztą służą te diagramy: do badania cząstek. Eksperymenty, które prowadzono na uniwersytecie, były bardzo proste. Brało się proton i uderzało w niego elektronem. Potem próbowano opisać ten proces za pomocą diagramów Feynmana. Jedynym problemem było to, że diagramy Feynmana są skomplikowane. To zaawansowane całki. Gdyby dało się je rozwiązać, powstałaby precyzyjna teoria. Ale nie da się ich rozwiązać, są zbyt skomplikowane. Próbowano na wszystkie sposoby. Udawało się zrobić diagram z jedną pętlą, z dwoma, może nawet z trzema, ale nic ponad to.

Feynman powiedział: "Zapomnijcie o tym i pomyślcie o protonie jako o roju małych cząstek... Chmarze cząstek." Feynman nazwał te cząstki partonami. Powiedział: "Pomyślcie o protonie jako o roju partonów, poruszających się bardzo szybko." Przez to, że ich ruch jest szybki, zgodnie z teorią względności, ruchy we wnętrzu są powolne. Elektron szybko uderza w proton. To uderzenie jest jak robienie protonowi zdjęcia. Co widzimy? Zamrożony rój partonów. Nie ruszają się, bo w momencie eksperymentu ich pozycja się nie zmienia, więc nie zastanawiajcie się, w jaki sposób się poruszają, nie zastanawiajcie się, jakie siły działają między nimi. Pomyślcie o nich jako o grupie zamrożonych partonów. To klucz do analizy tych eksperymentów. Bardzo efektywny, ponieważ naprawdę... może nie powiem, że zrewolucjonizował, bo to podobno złe słowo... ale na pewno znacząco pogłębił nasze rozumienie protonu i drobniejszych cząstek.

Chciałem opowiedzieć jeszcze kilka rzeczy o więzi łączącej mnie z Feynmanem, o tym jaki był, ale mam tylko pół minuty. Więc powiem tylko, że Feynmanowi nie podobałoby się to wydarzenie. Powiedziałby pewnie: "Nie jest mi to potrzebne". Jak więc powinniśmy składać mu hołd? Jak najlepiej uczcić Feynmana? Sądzę, że powinniśmy oddawać mu hołd starając się, by nasze kanapki były jak najmniej nadęte.

Dziękuję.

(Brawa)