2,753,841 views • 19:15

Chciałbym zacząć od uwagi, że jeśli nauczyłem się czegokolwiek w ciągu zeszłego roku, to tego, że szczytem ironii towarzyszącej wydaniu książki o powolności jest to, że promując ją trzeba się przemieszczać bardzo szybko. W chwili obecnej spędzam większość czasu skacząc z miasta do miasta, ze studia do studia, z wywiadu na wywiad, serwując moją książkę w malutkich kęsach. Ponieważ w naszych czasach każdy chce wiedzieć jak zwolnić, ale każdy chce to wiedzieć bardzo szybko. Niedawno wystąpiłem w programie CNN, przy czym miałem więcej czasu na makijaż niż na antenie. To chyba wcale nie jest zaskakujące, prawda? Ponieważ w takim właśnie świecie teraz żyjemy, w świecie stale pędzącym do przodu.

W świecie, którego obsesją jest szybkość, robienie wszystkiego szybciej, wciskanie coraz więcej i więcej w coraz mniej czasu. Każda chwila wydaje się jak wyścig z czasem. Tutaj posłużę się słowami Carrie Fisher, które są w mojej notce biograficznej, "Teraz nawet na natychmiastowe spełnienie czeka się za długo." Zastanówmy się, co takiego robimy próbując to poprawić... Przyspieszamy, prawda? Kiedyś numer się wykrecało, teraz jest szybkie wybieranie. Kiedyś czytaliśmy; teraz mamy szybkie czytanie. Kiedyś chodziliśmy; teraz mamy szybkie chodzenie. I oczywiście, kiedyś były randki, a teraz są szybkie randki. Nawet rzeczy, które są z natury powolne, też próbujemy przyspieszyć. Niedawno byłem w Nowym Jorku, minąłem po drodze ośrodek fitnesu, reklamujący nowe zajęcia wieczorne. Były to zajęcia, tak zgadliście, szybkiej jogi. Doskonałe rozwiązanie dla osób pracujących, narzekających na brak czasu którzy chcą, no wiecie, oddać pokłon słońcu, ale chcą na to poświęcić tylko 20 minut. Wiem, to są skrajne przykłady, są zabawne i można się z nich pośmiać.

Ale jest jedna bardzo ważna kwestia. Myślę, że w tym zwariowanym codziennym pędzie, często zapominamy o zniszczeniu jakie czyni życie jak maratończyk. Jesteśmy tak przesiąknięci kulturą pośpiechu, że prawie nie zauważamy, jak bardzo dotyka to każdego aspektu naszego życia. Zdrowia, diety, pracy, naszych związków, środowiska i społeczności. I czasami konieczny jest nagły alarm, prawda? Żeby uświadomić nam, że biegniemy przez życie, zamiast się nim cieszyć, żyjemy szybko, zamiast dobrze. Myślę, że dla wielu osób ten alarm odzywa się w postaci choroby. Sami wiecie - wypalenie - lub ostatecznie ciało mówi, "Już więcej tak nie mogę", i się poddaje. Albo nasz związek obraca się w ruinę, ponieważ brakowało nam czasu, cierpliwości, lub spokoju, żeby być z drugą osobą, słuchać jej.

Mój alarm na przebudzenie odezwał się, kiedy zacząłem czytać synowi bajki na dobranoc, i zdałem sobie sprawę, że pod koniec dnia wchodziłem do jego pokoju i po prostu nie potrafiłem zwolnić, było to szybkie czytanie "Kota w kapeluszu". No wiecie, tu ominąłem linijki, tam akapity, czasami całą stronę, ale oczywiście mój synek znał całą książkę na wylot... i były kłótnie. Co miało być najbardziej odprężającym, momentem bliskości i czułości, kiedy tata usadawia się, żeby czytać synkowi, stało się czymś w rodzaju pojedynku gladiatorów silnej woli, konfliktem pomiędzy jego tempem oraz moim, lub raczej moim tempem i jego powolnością. I tak było przez jakiś czas, Kiedyś szybko przeglądałem w gazecie artykuł o oszczędzaniu czasu dla osób lubiących tempo. Wspomniał on o serii książek o tytule "Bajki na dobranoc w minutę". I choć teraz się krzywię wymawiając te słowa, moja pierwsza reakcja była inna. W pierwszym odruchu powiedziałem: "Alleluja - świetny pomysł! Właśnie tego szukałem, żeby przyspieszyć czas kładzenia do łóżka." Na szczęście mnie oświeciło i moja następna reakcja była odmienna, spojrzałem na to z dystansu i pomyślałem, "Zaraz, zaraz, do czego to już doszło? Czy naprawdę tak mi się spieszy, że jestem gotów zbyć syna kilkoma słowami na zakończenie dnia?" Odłożyłem gazetę. Czekałem na odlot, siedziałem tak, i zrobiłem coś, czego nie robiłem od dawna, a mianowicie nic. Po prostu myślałem - długo i uporczywie. Zanim wyszedłem z samolotu postanowiłem coś z tym zrobić. Chciałem zbadać kulturę strusi pędziwiatrów oraz jej wpływ na mnie i wszystkich innych.

W głowie miałem dwa pytania. Po pierwsze: jak doszliśmy do takiego tempa? Po drugie: czy jest możliwe, a wręcz pożądane, zwolnić? Jeśli pomyślicie, jak doszliśmy do tego tempa, na pierwszy plan wysuwają się znani podejrzani, Na przykład urbanizacja, konsumpcjonizm, miejsce pracy, technologia. Ale wydaje mi się, że jeśli przechodząc przez te siły dojdziemy do tego co jest głębiej, do ukrytego motoru, sedna sprawy, czyli tego jak myślimy o samym czasie. W innych kulturach czas ma charakter cykliczny. Jego przebieg postrzegany jest jako zataczanie wielkich powolnych kół. Wciąż się odnawia i odświeża. Tymczasem w kulturze Zachodu czas ma charakter liniowy. Jego zasoby są ograniczone, cały czas ich ubywa. To czego nie używasz, przepada. Czas to pieniądz, powieział Benjamin Franklin. I myślę, że wpływ tego jest taki, że w naszej psychice tworzy się równanie. Czasu jest mało, więc co robimy? Cóż, przyspieszamy, prawda? Próbujemy zrobić więcej w coraz mniejszej ilości czasu. Z każdej chwili dnia czynimy wyścig do mety. Mety, do której nigdy nie dobiegamy, lecz mimo wszystko mety. Wydaje mi się, że kwestią jest, czy można się wyzwolić od tego sposobu myślenia? Na szczęście odpowiedzią jest tak, ponieważ, gdy zacząłem się rozglądać, odkryłem, że jest światowy sprzeciw przeciwko kulturze, która twierdzi, że im szybciej tym lepiej, a bycie zajętym jest najlepsze.

Na całym świecie ludzie robią coś nie do pomyślenia: zwalniają i odkrywają, że choć wydaje się, że jeśli zwolnisz, to przejdą po tobie, okazuje się, że na prawdę jest odwrotnie. Zwalniając w odpowiednich momentach, ludzie odkrywają, że robią wszystko lepiej. Jedzą lepiej, kochają się lepiej, ćwiczą lepiej, pracują lepiej, żyją lepiej. W tej mieszance chwil, miejsc oraz różnych aktów spowolniena leży sedno tego, to co wiele osób nazywa międzynarodowym Ruchem Slow.

Jeśli pozwolicie na moment hipokryzji przedstawię wam krótki przegląd tego, na czym polega Ruch Slow. Jeśli chodzi o jedzenie wielu z zwas słyszało zapewne o ruchu Slow Food. Zaczął się we Włoszech, ale rozprzestrzenił po całym świecie i obecnie ma 100.000 członków w 50 krajach. Inspiruje go bardzo prosty przekaz, mianowicie, że czerpiemy więcej przyjemności i zdrowia z jedzenia kiedy je hodujemy, gotujemy i konsumujemy w umiarkowanym tempie. Myślę też, że popularność farm organicznych oraz renesans targów farmerskich, to obraz faktu, że ludzie rozpaczliwie chcą uciec od jedzenia, gotowania i hodowania żywności w tempie przemysłowym. Chcą wrócić do wolniejszego rytmu. Po ruchu Slow Food powstało coś takiego jak, ruch Slow Cities, który zaczął się we Włoszech, ale rozprzestrzenił się po Europie i poza nią. Polega na tym, że miasta zaczynają myśleć jak udoskonalić przestrzeń publiczną by zachęcić ludzi do zwolnienia kroku, powąchania róż i związania się z innymi. Ograniczają ruch samochodów, lub stawiają ławkę w parku, dodają trochę zieleni.

W pewien sposób, te zmiany to więcej niż suma części, kiedy "powolne miasto" zyskuje status Slow City, to wyraz jego filozofii. To wiadomość dla reszty świata i mieszkańców tego miasta, że wierzymy, że taka "powolność" ma ważną rolę w XXI wieku. W medycynie wiele osób straciło nadzieję, patrząc na mentalność doraźnych rozwiązań, wszechobecną w medycynie. Miliony na całym świecie zwracają się do uzupełniających, alternatywnych form medycyny, które wpisują się w powolniejsze, delikatniejsze, holistyczne sposoby leczenia. Oczywiście, nie wszystkie z tych form leczenia się sprawdzają, i osobiście wątpię, że lewatywa z kawy, kiedykolwiek zyska szerszą popularność. Ale inne formy leczenia, jak akupunktura, masaż czy nawet po prostu odprężenie na pewno przynoszą korzyści. Najlepsze szkoły medyczne zaczynają badać te sprawy, by dowiedzieć się jak to działa, i czego można się z tego nauczyć.

Seks. W około jest dużo seksu, prawda? Dochodziłem już... gra słów niezamierzona... Dojeżdżałem już, powiedzmy powoli, do Oxfordu wszedłem do sklepu i zobaczyłem czasopismo, dla mężczyzn, i oto co było na okładce: "Jak doprowadzić partnera do orgazmu w 30 sekund." Także jak widać, nawet seks mierzy się dziś stoperami. Wiecie, czasem, jak każdy, też lubię na szybko, ale myślę, że można wiele zyskać z powolnego seksu, ze zwolnienia tempa w sypialni. Uderzyć w te... głębsze... psychiczne, emocjonalne, duchowe nurty, orgazm też jest lepszy, kiedy się go buduje. Powiedzmy, więcej za tę samą cenę. Zespół Pointer Sister wyraził to najlepiej, w piosence chwalącej "kochanka o powolnej ręce". Śmialiśmy się ze Stinga, kiedy kilka lat temu przeszedł na Tantryzm, ale za parę lat pary w każdym wieku, będą ciągnąć na warsztaty, lub tylko na własną rękę w sypialni, poszukiwać sposobu na włączenie hamulców i na lepszy seks. Oczywiście we Włoszech... Włosi zdają się zawsze wiedzieć gdzie znaleźć przyjemność... Rozpoczęto oficjalny ruch Slow Sex.

Miejsce pracy. Na całym świecie, z wyjątkiem Ameryki Północnej, skracają się godziny pracy. Europa jest tego przykładem. Ludzie odkrywają, że jakość ich życia wzrasta kiedy pracują mniej. A jednocześnie że wzrasta ich produktywność. Oczywiście, jest problem z 35-cio godzinnym francuskim tygodniu pracy... za dużo, za wcześnie, zbyt surowo. Ale inne kraje europejskie, szczególnie te nordyckie, są przykładem, że można mieć rzucającą na kolana gospodarkę, bez pracoholizmu. Norwegia, Szwecja, Dania i Finlandia są pośród sześciu najbardziej ambitnych krajów świata, a pracuje się tam ilość godzin, która wywołałaby u przeciętnego Amerykanina łzy złości. Przejdźmy ze skali krajowej do skali małych firm, coraz więcej z nich zaczyna rozumieć, że muszą pozwolić pracownikom albo pracować krócej, albo po prostu na wolną chwilę Przerwę na lunch, pójście do cichego pokoju, wyłączenie telefonów i laptopów, ej wy tam z tyłu! komórek, podczas dnia pracy lub weekendu, by mogli zebrać energię, i żeby umysły przeszły w stan kreatywnego myślenia.

Obecnie nie tylko dorośli się przepracowują. Dzieci także. Mam 37 lat, moje dzieciństwo skończyło się w latach 80. Patrzę teraz na dzieci, i jestem zdumiony biegają z masą pracy domowej, mają więcej lekcji, zajęć dodatkowych niż moglibyśmy sobie wyobrazić w zeszłym pokoleniu. Najbardziej poruszające maile przychodzące na moją stronę są właśnie od nastolatków, balansujących na granicy wypalenia, błagających bym napisał do ich rodziców, pomógł im zwolnić, wyjść z pędzącego pełną parą młyna. Całe szczęście, sprzeciw jest też wśród rodziców, i okazuje się, że są miasta w Stanach Zjednoczonych, które się jednoczą i zabraniają zajęć dodakowych jeden dzień w miesiącu, żeby ludzie mogli się odprężyć, spędzić czas z rodziną, zwolnić.

Prace domowe to kolejna rzecz. W krajach rozwiniętych wprowadza się zakazy prac domowych w szkołach, które przez lata zwiększały ich ilość, a teraz odkrywają, że czasem mniej znaczy więcej. Był ostatnio w Szkocji taki przypadek, gdzie renomowana, prywatna szkoła zabroniła prac domowych dla dzieci poniżej 13 lat, i wszyscy "renomowani" rodzice dostali bzika; "Co wy?! Przecież... dzieci obleją" stwierdził dyrektor. "Nie, dzieci potrzebują trochę zwolnić tempo pod koniec dnia" W zeszłym miesiącu, przyszły wyniki egzaminów, stopnie z matematyki poprawiły się o średnio 20% w ciągu zeszłego roku. Myślę, że wiele do myślenia daje fakt, że elitarne uniwersytety, często podawane jako powód popędzania dzieci i trzymania ich pod kloszem, odnotowują, że poziom przyjmowanych studentów spada. Te dzieciaki mają świetne stopnie, CV tak wypełnione zajęciami dodatkowymi, że aż łzy się do oczu cisną. Ale brakuje im ikry, nie potrafią myśleć kreatywnie, wyjść poza schemat... Nie potrafią marzyć. Dlatego wszystkie te prestiżowe szkoły w USA, oraz Oxford, Cambridge i reszta zaczynają dawać do zrozumienia rodzicom i studentom, że muszą trochę zwolnić. Na przykład na Harwardzie, w liście, który rozesłano do pierwszorocznych, pisano, że będą mieć więcej z życia i uniwersytetu, jeśli trochę przystopują, jeśli będą robić mniej, ale poświęcą temu czas potrzebny, by się tym delektować i cieszyć . A nawet jeśli czasem nie będą robić nic. Tytuł tego listu wyjaśnia wszystko: "Zwolnij!" - zakończony wykrzyknikiem.

Gdziekolwiek spojrzymy, przekaz jest ten sam, że często mniej znaczy więcej, że wolniej często znaczy lepiej. Jednakże, oczywiście nie tak łatwo jest zwolnić, prawda? Wiecie, ze dostałem mandat za szybką jazdę, w trakcie badań do książki o korzyściach z powolności. To prawda, ale to nie wszystko. Byłem w drodze na kolację wydawaną przez ruch Slow Food. A na dodatek, to było we Włoszech. Jeśli kiedykolwiek byliście na włoskiej autostradzie, możecie się domyślić jak szybko jechałem.

(Śmiech)

Dlaczego jest tak trudno zwolnić? Powody są różne. Po pierwsze prędkośc jest fajna, jest seksi. Ten zastrzyk adrenaliny. Trudno przejść na odwyk. Jest też w tym pewien wymiar metafizyczny... Prędkość staje się sposobem na odgrodzenie się, od poważnych, głębokich kwestii. Rozprawszamy własną uwagę, jesteśmy zajęci. po to by nie pytać: Czy jestem szczęśliwy? Czy moje dzieci dorastają prawidłowo? Czy politycy słusznie decydują w moim imieniu? Kolejny, chyba najważniejszy powód, dla którego trudno nam zwlonić, to kulturalne tabu jakie w związku z tym stworzyliśmy. "Powolny" to w naszej kulturze brzydkie słowo. Pochodne od "leniwy", "nierób", ktoś kto się poddaje. "Jest trochę spowolniony" to synonim do "Jest głupi".

Myślę, że zamierzeniem ruchu Slow, jego głównym celem jest zająć się tym tabu, przyznać, że oczywiście, "powoli" nie zawsze rozwiązuje sprawę, że jest też zły rodzaj "powoli". Ostatnio utknąłem na drodze M25, obwodnicy wokół Londynu, i spędziłęm tam 3.5 godziny. Powiem szczerze, że to było bardzo złe "powoli". Nowym pomysłem, rewolucyjną ideą ruchu Slow, to przyznać, że jest coś takiego jak dobre "powoli". Dobre "powoli" zabiera trochę czasu. Zjeść posiłek z rodziną, a bez telewizora. Przeanalizować problem w biurze pod każdym kątem, by podjąć najlepszą decyzję. Po prostu poświęcić czas by zwonić i cieszyć się życiem.

To co najbardziej podniosło mnie na duchu, od kiedy wydałem książkę, to reakcja czytelników. Wiedziałem, że kiedy wydam książkę o powolności, spodoba się ona ludziom z New Age, ale została też z zapałem przyjęta przez, środowiska korporacyjne, prasę biznesową, a także wielkie firmy i organizacje kierownicze. Ludzie na szczycie, myślę, że właśnie tacy jak wy, zaczynają zauważać, że pęd jest zbyt duży, jest za dużo pośpiechu i najwyższy czas stworzyć, lub odnaleźć, tę zapomnianą sztukę zmiany biegów. Kolejną oznaką jest to, że nie tylko kraje rozwinięte podchwyciły ten pomysł. Także kraje rozwijające się, te które już niedługo wejdą do grona krajów "pierwszego świata": Chiny, Brazylia, Tajlandia, Polska, i tak dalej... One także przyjęły Ruch Slow. Nawet wiele osób, co wywołało debatę w mediach, pośród przeciętnych ludzi. Myślę, że obserwują Zachód i myślą: "Podoba nam się ten aspekt, ale jeśli chodzi o tamten to nie jesteśmy tacy pewni."

Także, po tym wszystkim, czy jest to możliwe? Obecnie to jest kluczowe pytanie. Czy da się zwolnić? I z radością stwierdzam, że odpowiedź to donośne tak. Przedstawiam eksponat A, samego siebie, zreformowanego, zrehabilitowanego, szybko-holika. Nadal lubię prędkość. Mieszkam w Londynie, jestem dziennikarzem, lubię gwar, krzątaninę i zastrzyk adrenaliny, który one wywołują. Gram w squasha i hokeja, bardzo szybkie sporty, z których za nic bym nie zrezygnował. Lecz w ciągu ostatniego roku, zapoznałem się też ze swoim wewnętrzynym żółwiem

(Śmiech)

Oznacza to, że przestałem się bezpłatnie przeciążać. Bycie szybko-holikiem nie jest dla mnie pozycją wyjściową. Nie słyszę już, że czas to nadciągający skrzydlaty powóz, a przynajmniej nie aż tak często. Właściwie słyszę to teraz, bo widzę jak ubywa mi czasu. Ogólny rezultat tego wszystkiego to, że czuję się szczęśliwszy, zdrowszy, bardziej produktywny niż kiedykolwiek byłem. Czuję się jakbym szedł przez życie, z nie przez nie biegł. Chyba najważniejszą miarą mojego sukcesu jest to, że czuję, że moje związki sa głębsze, bogatsze, mocniejsze.

Myślę, że dla mnie barometrem tego, czy taki system działa, i co oznacza, zawsze pozostaną historyjki na dobranoc, bo stąd się to wszysto zaczęło. Jeśli o to chodzi też jest dobrze. Pod koniec dnia idę do pokoju syna. Zdejmuję zegarek, wyłączam komputer, żeby nie słyszeć nadchodzącego maila, zwalniam do jego tempa i czytamy. A ponieważ dzieci mają własne tempo i wewnętrzy zegar nie działa z nimi "moment dla dziecka", kiedy wyskrobujesz 10 minut, by mogły z tobą porozmawiać. Potrzebują byście poruszali się w ich rytmie. Po 10 minutach czytania, mój synek nagle powiedział: "Dziś na placu zabaw stało się coś, co mnie zmartwiło." I przerwaliśmy by o tym porozmawiać. Teraz wiem, że czytanie na dobranoc było dla mnie kolejną pozycją do odhaczenia na liście zajęć, obawiałem się bo było to tak powolne a ja chciałem mieć to szybko za sobą. Teraz to moja codzienna nagroda, coś co naprawdę cenię. Mam takie Hollywoodzkie zakończenie do mojego wykładu, a idzie to mniej więcej tak:

Kilka miesięcy temu, wybierałem się na kolejną promocję książki, walizki już spakowane. Stałem przy drzwiach, czekałem na taksówkę. Mój syn zszedł na dół. I niósł kartkę, którą dla mnie zrobił. Połączył zszywaczem dwie kartki i na okładce przylepił nalepkę swojej ulubionej postaci, Tintina. Powiedział... raczej dał mi ją a ja przeczytałem: "Dla taty, kocham cię, Benjamin" Pomyślałem: "Och jakie to słodkie. Czy to kartka na szczęście?" Odpowiedział: "Nie, nie tato. To za najlepsze czytanie historyjek na dobranoc." Pomyślałem: "Tak, całe to zwanianie chyba naprawdę działa."

Dziękuję bardzo.